Życie czasem niespodziewanie przeplata nasze losy a jedno z pozoru nieistotne wydarzenie potrafi odwrócić kartę życia.
Mijam ją czasem na ulicy. Zgięta przez życie wyciąga rękę po jałmużnę by mieć za co dotrwać do następnego dnia. Zastanawiam się, jak zmieniłoby się jej życie, gdybym zatrzymał się i oddał moją miesięczną pensję.
Co roku przychodzi ten czas, kiedy zaczynają się Święta. W zasadzie przychodzi dwa razy do roku ale te są bardziej wyjątkowe, bardziej podniosłe i rodzinne, pewnie dlatego że zimno, ciemno i lepiej siedzieć na kupie w domu niż szwędać się gdzieś na zewnątrz.
Z tego ich charakteru wynika pewnie to, że jakoś za nimi nie przepadam. Są dobrą okazją żeby przytyć kilka kilo, spotkać się ze znajomymi, ale ta cała atmosfera wokół nich nie działa na mnie dobrze. Ciekawe czy kiedyś mi się to zmieni.
Postanowiłem wczoraj nie włączać dzwonka w telefonie wiedząc, że oznacza to brak dzwonienia budzika rano. Wyrzut sumienia rozlał się leniwie po krwiobiegu.
Był synonimem wolności, niezależności. Swobody w przemieszczaniu się przez przestrzeń. Przez lata coś zawsze stało na przeszkodzie by go mieć, by zacisnąć dłonie na manetkach, oprzeć stopy na podnóżkach i ruszyć przed siebie czując napierające cząsteczki powietrza.
Ale już jest. Dumnie pręży muskuły podpierając się w garażu. Co prawda zagościł jesienią ale udało nam się wspólnie połknąć trochę kilometrów nim zapadł w zimowy sen. Choć mam nadzieję, że wciąż jeszcze tylko drzemka przed snem właściwym.
Pójdę dzisiaj i poklepię go po grzbiecie. Jak jeździec czyni ze swym odpoczywającym rumakiem.
Co prawda to były tylko 4 dni ale pozwoliły dać odpoczynek o którym zdążyłem już zapomnieć. Nie przeszkadzał kołyszący się pokład, nie przeszkadzał mocny wiatr ciskający wściekle krople słonej wody. Było naprawdę fajnie, nawet dla wątroby której starałem się za bardzo nie przemęczać rumem mieszanym z colą.
Odpocząłem. A gdy jachty zacumowały już do kei i na peronie pomachałem współtowarzyszom trzeba było wrócić do świata zawodowych realiów.
To słowo ostatnio nie funkcjonuje w moim słowniku. Dzieje się tyle że każdy dzień zaplanowany jak grafik prezesa dużej korporacji - od godzin porannych aż do późnowieczornych. Czasem sam się dziwie jak udaje mi się to pogodzić żeby po wejściu do mieszkania nie otrzymać ciosu wałkiem, patelnią lub innym sprzętem kuchennym. Ewentualnie poduszką lub pilotem, w zależności gdzie akurat Ona się znajduje. No ale jakoś się udaje. Czasem lepiej czasem gorzej.
Plusem dla mnie jest to, że ten czasobrak wiąże się z realizacją różnych, czasem przez długi czas uśpionych pasji. Zapewne nie wszyscy w koło podzielają mój entuzjazm.
Na ten przykład; jeśli w jutrzejszych Faktach lub Wiadomościach usłyszycie że na Bałtyku jest sztorm, to wtedy... wtedy pomyślcie o mnie. Najlepiej ciepło.